Zdrowie

Zdrowe odżywianie – błędy, które najprawdopodobniej popełniasz

Już jako nastolatka szukałam, czytałam i dowiadywałam się jak najlepiej dbać o zdrowie. Chciałam wiedzieć coraz więcej – po pierwsze: dla własnego dobra, po drugie: zawsze mnie to interesowało. Co ciekawe nigdy nawet przez myśl mi nie przeszło aby zawodowo związać się z medycyną lub dietetyką i chyba na całe szczęście, ponieważ dietetycy nic poza kaloriami nie widzą, a lekarze są ślepi na związek sposobu odżywiania ze stanem zdrowia i niewykluczone, że przemielona przez system akademickiego szkolenia i ograniczona chorym systemem opieki zdrowotnej, mogłabym stać się właśnie takim ekspertem. Tak wiem, mocno generalizuję, ale nikły procent tych prawdziwych specjalistów sprawia, że bardzo trudno pisać mi inaczej. Oczywiście nie zakładam, że ktokolwiek z nich działa umyślnie na czyjąś szkodę. Ufam, że postępują dokładnie tak jak uważają za słuszne, a że to często za mało lub kompletnie nie ten kierunek działania, to już inna sprawa. Dodatkowo w wielu kwestiach mają związane ręce. Gdy tylko medycyna akademicka zacznie holistycznie podchodzić do pacjenta, biorąc pod uwagę cały organizm, a nie tylko jego rzekomo chorą część, kiedy zacznie leczyć przyczyny a nie objawy, bardzo chętnie napiszę nawet kilka tekstów zachwalających działanie lekarzy. Tymczasem czekając na nadejście takiego momentu, przejdźmy do istoty dzisiejszego wpisu.

Z dbałością o zdrowie jest o tyle dziwnie, że dopóki nie jesteś chory albo otyły, to spora część ludzi patrzy na ciebie jak na wariata „no bo po jaką cholerę to wszystko skoro nic ci nie dolega?!”. Dodatkowo jeśli podobnie jak ja jesteś osobą posiadającą turboprzemianę materii i jesteś po prostu chudy, to standardem jest posądzanie o to, że się odchudzasz :D Przyznaję, że wraz z nastaniem ery fit trochę zmieniło się na lepsze w tym względzie, ale dla wielu nadal pozostałam wariatką :) Od czasu kiedy mniej więcej dwadzieścia lat temu zaczęłam przygodę ze świadomym odżywianiem wiele się zmieniło i zmienić się musiało, chociażby z tego względu, że w zakresie zdrowia cały czas przeprowadzanych jest bardzo wiele badań, które rozszerzają naszą wiedzę. Jako nastolatka tylko głaskałam ten temat, no bo ile można dowiedzieć się z czasopism typu Shape? Z czasem jednak zaczęłam zagłębiać się bardziej, dowiadywać się więcej i zmieniać pewne rzeczy w ślad za zdobytą wiedzą. Niestety pomimo prowadzenia ogólnie rozumianego zdrowego trybu życia nie ustrzegłam się błędów i pewnych zaniedbań. Wynikały one głównie z faktu, że moje dobre samopoczucie, niewskazujące na jakiekolwiek problemy ze zdrowiem, uśpiło moją czujność i kilka ważnych kwestii zbagatelizowałam. Poza tym kiedy jest się młodym i w sile wieku, na wiele rzeczy po prostu nie zwraca się uwagi, a ich konsekwencje prędzej czy później dadzą o sobie znać. To tylko kwestia czasu. U mnie przyszły szybciej niż mogłabym się tego spodziewać. Poniżej przedstawiam listę moich głównych grzechów, które kiedyś popełniałam i które być może również popełniasz i Ty.

1. Woda

A raczej jej chroniczny brak. Jest zdecydowanie moje największe przewinienie wobec własnego ciała. O tym, że trzeba dużo pić owszem wiedziałam, ale nie odczuwając pragnienia nie zwracałam uwagi na fakt, że zdecydowanie zbyt często zdarzały mi się dni, kiedy nie piłam prawie wcale (na przykład wieczorem przypominało mi się, że wypiłam tylko dwie herbaty w ciągu dnia…). Oczywiście nie każdego dnia byłam tak ekstremalnie słabo nawodniona, ale nawet kiedy piłam więcej, to wynik ok. 1,2-1,4 litra był nadal skandalicznie niski. Stan ten trwał latami, a mój organizm niestety „przyzwyczaił się” do takiego stanu rzeczy i o wodę nie wołał. W rezultacie cierpiałam na chroniczne odwodnienie wraz z jego konsekwencjami, zarówno tymi mniej groźnymi jak przesuszona skóra oraz tymi zdecydowanie poważniejszymi jak zaburzenia rytmu serca… Moje ciało „dzielnie” znosiło taki stan rzeczy, a wypicie 2 litrów dziennie wydawało mi się celem nie do osiągnięcia. Dzisiaj spokojnie wypijam minimum 2,5 litra dziennie, a wraz ze zwiększeniem ilości płynów wróciło mi pragnienie, które potrafi się odezwać nawet gdy mój dzienny licznik już dawno pokazał 2 litry, bo nasze ciało naprawdę potrzebuje dużo płynów. Na temat wagi prawidłowego nawodnienia organizmu nie będę się bardziej rozpisywać, ponieważ szczegółowo pisałam o tym tutaj. Na blogu znajdziecie również wpis o tym, która woda jest dla nas najlepsza (tutaj). Jeśli picie sprawia Ci podobny problem, to gorąco zachęcam do skorzystania z aplikacji My Water, o której pisałam tutaj. To właśnie dzięki niej nauczyłam się pić i ciągle bardzo chętnie z niej korzystam.

2. Suplementy

Na temat suplementów bardzo długo miałam złe zdanie. Wychodziłam z założenia, że skoro odżywiam się dobrze, to nie potrzebuję żadnych chemicznych wspomagaczy, że to naturalny pokarm powinien być źródłem witamin, minerałów i wszystkich niezbędnych substancji, a nie pigułki. Każda tabletka była dla mnie złem wcielonym, jednak w tej kwestii moje poglądy mocno się zmieniły. Duży wpływ na to miały wyniki szczegółowych badań, które pomimo przemyślanego i racjonalnego odżywiania się wykazały duże niedobory. Jestem skłonna zaryzykować stwierdzenie, że praktycznie każdy potrzebuje suplementacji. Jasne, dietę można perfekcyjnie rozpisać z indywidualnym uwzględnieniem wszystkich makro i mikro elementów, ale… No właśnie jest pewne ale, a nawet dwa. Po pierwsze produkty. Bez problemu można znaleźć na przykład ile marchewka zawiera w sobie substancji odżywczych, ale warzywo lądujące na Twoim talerzu to niekoniecznie ta sama marchewka pod względem wartości odżywczych, którą opisują różne tabelki i zestawienia. Różnice mogą pojawić już na poziomie gatunku czy odmiany. Dochodzą do tego warunki uprawy. Wszystkie produkty, które spożywamy mogą zawierać w sobie substancje antyodżywcze (nawozy, opryski, konserwanty, wypełniacze itd.), które będą ograniczały wchłanianie składników odżywczych. Po drugie nawet jeśli w Twoim menu znajdą się produkty bliskie ideałom, to pozostaje jeszcze kwestia indywidualnych możliwości wchłaniania poszczególnych składników przez każdego z nas, a te mogą być zaburzone przez całą masę rzeczy. Już sama wszechobecna styczność z chemią i zanieczyszczeniami (np. powietrze) obciąża nasze ciała toksynami, które nawet jeśli bezpośrednio nie będą miały wpływu na proces trawienia, to przez zmuszenie naszego organizmu do ciągłego odtruwania się będą pośrednio go zaburzać. Właściwe wchłanianie będzie zależało również od naszego stanu zdrowia, od kondycji naszego układu trawiennego oraz tymczasowych zaburzeń jak na przykład stany zapalne czy styczność z wirusami czy też bakteriami. Ogólnie rzecz biorąc jest to proces, którego prawidłowy przebieg bardzo łatwo może zostać zaburzony, a brak czynników, które mają na niego negatywny wpływ jest prawie niemożliwy. Uważam, że suplementy należy brać, ale to trochę bardziej skomplikowana sprawa niż zwykła wizyta w aptece albo (bezmyślne) sugerowanie się reklamami. Każdego zawsze będę zachęcać do tego aby najpierw zrobił badania, bo przedawkowanie jest równie szkodliwe jak niedobory. Oczywiście są sytuacje, gdzie na pierwszy rzut oka można mieć przypuszczenia czego brakuje, ale przypuszczenia nie zawsze pokrywają się z rzeczywistością. O niedobory witaminy D czy magnezu można podejrzewać praktycznie każdego, ale dopiero badanie pomoże ustalić właściwą dawkę (oczywiście w przypadku D, bo badanie magnezu pomimo niedoborów prawie zawsze pokaże prawidłowy wynik, ale o tym kiedy indziej). Poza tym na dobieranie suplementów na „oko” może sobie pozwolić ktoś, kto bardzo długo siedzi w temacie, ale jeśli ma trochę oleju w głowie i tak poprosi o badania. Kolejną kwestią jest dobór rodzaju suplementów. Niestety jak ze wszystkim – suplement suplementowi nierówny, a w grę wchodzi nasze zdrowie, więc to nie jest błaha sprawa. Także w tym przypadku trzeba czytać etykiety, bo wiele zawiera niepotrzebne dodatki i wypełniacze. Dodatkowo trzeba zwrócić uwagę na zawartość danego składnika. Często sugerując się ceną sięgamy po tańsze preparaty, które po przeliczaniu ilości dostarczanego składnika kosztują nas więcej niż z pozoru droższy produkt. To skąd pochodzą składniki też nie jest bez znaczenia dla jakości danego preparatu. Przykład: poszukując kolagenu trafiłam na firmę, której oferowany kolagen pochodził z pangi i tilapii, czyli najgorszych hodowlanych ryb – sorry, ale ja podziękuję za taki produkt.

3. Mieszanie pokarmów

Szybka przemiana materii „pozwala” jeść praktycznie wszystko, w dużych ilościach i w bardzo dziwnych kombinacjach. Oczywiście nigdy nie byłam hardcorem smarującym schabowego dżemem, ale kiedyś w ogóle nie zwracałam na fakt, że proces trawienia rządzi się swoimi prawami i żołądek to nie bęben pralki, w którym wszystko się ładnie wymiesza i będzie dobrze. Różne pokarmy mają różne warunki trawienia, tzn. czas trawienia, rodzaj enzymów oraz soków trawiennych biorących udział w tym procesie, a także swój rodzaj zasadowości lub kwasowości. Co się zatem dzieje gdy zjemy pokarmy, dla których optymalne środowisko trawienia jest zupełnie różne? Praktycznie pozbawiamy się szansy na właściwy przebieg tego procesu, ponieważ wydzielone enzymy oraz soki trawienne się zneutralizują i w konsekwencji żaden ze zjedzonych składników nie zostanie poprawnie strawiony. Dodatkowo doprowadzimy do procesu gnicia i fermentacji jedzenia w układzie pokarmowym, które są niesłychanie szkodliwe dla naszego zdrowia. Dwie podstawowe zasady, to niełączenie białka ze skrobią oraz cukrów z tłuszczami, ale sama wiem, że to nie takie proste. Schabowy bez ziemniaków? A słodycze? Przecież to zawsze cukier i tłuszcz… No właśnie. Łatwe to nie jest i tylko bardzo duże restrykcje żywieniowe pozwolą to ogarnąć. Sama nadal nie postępuję idealnie w każdym posiłku, chociaż od kiedy mocno ograniczyłam mięso w swojej diecie jest mi zdecydowanie łatwiej przestrzegać tych zasad. Nawet jeśli komponowanie idealnych posiłków wydaje się być czymś nie do wdrożenia, to jest jeszcze jedna bardzo ważna kwestia – czas trawienia. Każdy pokarm ma różny czas zalegania w żołądku i jeśli nie będzie zachowany odpowiedni odstęp i tak z dobrego trawienia nic nie wyjdzie. „Obiad zjedzony to teraz kawka i coś słodkiego?” Znamy, to znamy prawda? A dla organizmu nie ma znaczenia czy zjedliście schabowego i po 30 min wjechał serniczek, czy wciągnęliście kotleta owym serniczkiem go zagryzając – dla niego to praktycznie jedno i to samo. Słyszeliście może o tym, że owoce najlepiej jeść do godziny 16, bo potem nie zostaną strawione jak należy i będą fermentować? Ostrzeżenie bardzo mało precyzyjnie sformułowane, ale dość popularne, więc już tłumaczę z czego wynika (tzn. najprawdopodobniej, bo gdyby osoby je propagujące wiedziały dokładnie o co chodzi, to brzmiałoby ono nieco inaczej). Owoce to przede wszystkim cukry, które trawią się szybko i łatwo, ale pod warunkiem, że żołądek nie musi trawić niczego innego. Do godziny 16 jesteśmy według idealnego dietetycznego schematu już po 3 posiłkach, w tym obiedzie, i dostarczyliśmy do organizmu tłuszcz, który nie dość, że potrzebuje najwięcej czasu na opuszczenie żołądka i długo utrzymuje się we krwi, to jego obecność całkowicie zablokuje proces trawienia cukrów i owoce po prostu sfermentują (nie mówiąc już podwyższonym poziomie glukozy we krwi i prostej drodze do insulinooporności oraz cukrzycy). Sałatka owocowa, z pozoru zdrowy deser, zjedzona po obiedzie to fatalny pomysł i lepiej zjeść ją co najmniej 30 minut przed (z tego samego względu łączenie orzechów, które zawierają dużo tłuszczu, z owocami to kiepska opcja). W kwestii mieszania pokarmów grzeszyłam bardzo, bo jako człowiek wiecznie nienajedzony sięgałam bezmyślnie po różne rzeczy (w tym przypadku nie ma znaczenia, że były zdrowe) nie zważając na to, że żołądek zajęty trawieniem czegoś innego po prostu sobie nie poradzi z kolejną porcją pokarmów, często wymagających zupełnie odmiennych warunków trawienia (np. dogryzanie owocami o różnych porach dnia to był mój standard). Teraz jestem zdecydowanie uważniejsza i mniej więcej wiem kiedy i na co mogę sobie pozwolić, aby zapewnić sobie jak najbardziej optymalne trawienie.

4. Mięso

Nie zamierzam rozważać kwestii czy mięso w naszej diecie jest niezbędne czy też nie. Faktem jest, że odstawienie go nie każdemu będzie służyć, ale faktem jest również, że spożywamy go zdecydowanie zbyt dużo. W przypadku większości osób mięso obecne jest w praktycznie każdym posiłku, a często także pomiędzy. Na temat dlaczego warto ograniczyć spożycie mięsa sporo pisałam tutaj i nie będę mocno rozwijać tego tematu. Moim zdaniem już sam fakt jakości mięsa, które nafaszerowane jest sterydami, antybiotykami i hormonami (albo w obliczu ostatnich przypadków przerabiania na mięso chorych i martwych krów), a także wyrobów mięsnych, w które pakowane są konserwanty, wzmacniacze smaku i inne wypełniacze powinien być wystarczający, aby zrezygnować z dotychczas spożywanych ilości. Kiedyś byłam typowym mięsożercą. Z racji szybkości moich procesów metabolicznych oraz bardzo dużego zapotrzebowania na kalorie mięso było dla mnie wygodnym pokarmem, ponieważ zapełniało żołądek na dłużej (wtedy uznawałam to za zaletę). Dzisiaj pomijając już zupełnie fakt jego jakości uważam, że mięso zdecydowanie za bardzo obciąża układ trawienny utrudniając procesy trawienne oraz działa zakwaszająco na organizm. Nie mogłabym nadal spożywać go w takich ilościach jak kiedyś, zwłaszcza że na podstawie kondycji mojego układu trawiennego dostrzegam różnice w praktyce, a nie tylko w teorii. Aktualnie mięso jem tylko w weekendy w niewielkich ilościach i jest mi z tym niesłychanie dobrze, chociaż gdyby ktoś roztoczył przede mną taką wizję jeszcze 2 lata temu, to bym go wyśmiała twierdząc, że przecież to niemożliwe.

5. Nabiał

Kiedyś kompletnie nie dostrzegałam szkodliwości nabiału i nie widziałam nic złego w jego obecności w swojej diecie. Oczywiście nie jadłam produktów mocno przetworzonych lub tych słabej jakości jak na przykład serki topione, ale całej reszcie dawałam zielone światło. O tym, że może źle na mnie wpływać nie miałam bladego pojęcia i wykazały to dopiero testy na nietolerancje pokarmowe (swoją drogę ciekawe czy istnieje przypadek osoby z nietolerancjami, dla której nabiał nie jest alergenem, bo ja nie spotkałam się z takim). W opinii publicznej przyjęte jest, że jeśli nabiał szkodzi, to odpowiedzialny jest za to cukier mleczny – laktoza, dlatego aby każdy bez wyjątku mógł wyroby mleczne spożywać na rynku jest coraz więcej dostępnych produktów bez laktozy. Laktoza może komuś szkodzić albo i nie, ale są rzeczy, które szkodzą wszystkim bez wyjątku. Zdecydowanie większym problem od laktozy jest dla naszego organizmu zawarta w mleku kazeina – rodzaj białka mlecznego wykazującego wysokie działanie prozapalne, czyli takie które wywołuje nowe stany zapalne, bądź potęguje już istniejące. W temat co oznaczają przewlekłe stany zapalne dla organizmu nie będę się tutaj zagłębiać, ale warto mieć świadomość, że wszelkie przewlekłe choroby z rakiem włącznie biorą z nich swój początek. Dodatkowo już na początku XXI wieku przeprowadzono badania, które pokazały bezpośredni związek kazeiny z chorobami serca. Biorąc pod uwagę zarówno laktozę jak i kazeinę zdecydowanie bezpieczniejsze jest dla nas mleko kozie lub owcze, bo po prostu ich nie zawierają. Niestety problem to nie tylko naturalnie zawarta w mleku laktoza oraz kazeina. Problem to również sposób hodowli krów. Chociaż ich nigdzie nie widać, to sklepowe półki uginają się od ilości nabiału. Zwierzęta są zamknięte, bez dostępu do słońca i świeżego powietrza, sztucznie stymulowane do dawanie jak największej ilości mleka. Ilość krów sukcesywnie maleje, a ilość mleka wzrasta, co już powinno dać do myślenia. Do tego wszystkiego dochodzi proces pasteryzacji, który zamienia mleko w produkt wręcz trujący. Pasteryzacja oczyszcza mleko zarówno z tych złych jak oraz dobrych bakterii i z tego na pewno część osób zdaje sobie sprawę. Jednak proces ten wpływa także na zmianę jego aminokwasów, wspomaga jełczenie nienasyconych kwasów tłuszczowych oraz niszczy witaminy zawarte w mleku. Dodatkowo pasteryzacja zmienia proporcję zawartych w nim wapnia, magnezu i fosforu. Zniszczeniu ulegają również enzymy, które sprawiają, że nasz organizm jest w stanie przyswoić minerały, witaminy oraz po prostu przetrawić mleko. W konsekwencji nieprzetrawione proteiny pochodzące z mleka gniją w naszych ciałach i zatruwają nasz organizm. Proces homogenizacji bardzo podobnie wpływa na strukturę oraz właściwości mleka. Z podobnymi zmianami mamy również do czynienia w przypadku mleka w proszku. Do myślenia również powinien dać fakt, że jesteśmy jedynymi ssakami pijącymi mleko w dorosłym życiu i to jeszcze innego gatunku. Tylko mniej więcej do 4 roku życia nasz organizm radzi sobie całkiem dobrze z krowim mlekiem. Z wiekiem tracimy tę zdolność i krowi nabiał stanowi problem dla naszego organizmu i niekoniecznie musi się to objawiać problemami skórnymi czy też trawiennymi. Krowi nabiał truje, zakwasza i zaśluzowuje nasz organizm, jednak chociaż sama go nie spożywam, to uważam, że bio jogurty i kefiry ze względu na kultury bakterii w nich zawarte są w pewnych ilościach akceptowalne (pod warunkiem, że nasz organizm nie wysyła nam wyraźnych sygnałów, że nabiału nie lubi). Oczywiście nabiał pochodzenia koziego i owczego również.

6. Cukier

Słodycze to kolejne z moich ciężkich przewinień. Rezygnacja z żywności przetworzonej oraz oparcie swojej diety na zdrowych składnikach i produktach, to zawsze były podstawowe założenia mojego sposobu odżywiania się. Pomimo tego słodycze, które łamią obie te zasady, spożywałam często. Słodkości mogłam jeść lub nie, ale mimo wszystko sięgałam po nie regularnie i to w całkiem sporych ilościach. Słodycze jadłam, bo mogłam. Przy moim wysokim zapotrzebowaniu na kalorie i aktywnym trybie życia nie wyrządzały mi żadnej wizualnej krzywdy w postaci dodatkowych kilogramów, a nawet dbały aby nie było ich zbyt mało. Podobne podejście widzę u wielu osób, które na przykład regularnie biegając równie regularnie zjadają tabliczkę czekolady. Kalorie się zgadzają? Zgadzają. A że ich źródło jest parszywe, dotarło do mnie dużo później. Oczywiście miałam świadomość, że to paskudna opcja, jednak chyba smak zagłuszał zdrowy rozsądek. Słodycze uosabiają w sobie wszystko co złego może być w jedzeniu. Są wysokoprzetworzone, zawierają cukier rafinowany/syrop glukozowo-fruktozowy/inne szkodliwe substancje słodzące, tłuszcze trans, mleko w proszku, spulchniacze, wypełniacze, konserwanty i jeszcze pewnie coś można by do tej listy dorzucić. Jakkolwiek by się nie wpasowywały w dzienny bilans kaloryczny (bo nie oszukujmy się, większość patrzy na nie tylko przez pryzmat zjedzonych kalorii i ich szkodliwość dostrzega w kontekście dodatkowej fałdki na brzuchu, a nie składu podanego na opakowaniu), słodycze to zły wybór, zwłaszcza jeśli sięgasz po nie regularnie. Oprócz szkodliwego składu, słodkości zadają jeszcze jeden potężny cios naszemu organizmowi. Połączenie cukru z tłuszczem i to w niemałych ilościach, jak już wcześniej wspominałam, skutecznie blokuje wydzielanie insuliny i prawidłowy rozkład cukru ze wszystkimi przykrymi konsekwencjami. Oczywiście nic nie dzieje się od razu. Na osłabioną pracę trzustki pracujemy latami, chociaż coraz częstsze przypadki cukrzycy u dzieci pokazują, że to wcale nie musi być bardzo długi okres czasu.

Być może wszystkie lub większość z tych błędów popełniasz również Ty. Być może nie odczuwasz konsekwencji z nich wynikających i wydaje Ci się, że Ciebie to nie dotyczy. Być może… A być może nie potrafisz połączyć pewnych faktów i nawet nie zdajesz sobie sprawy, że któreś z powyższych już daje Ci się we znaki. Każdy z nas jest trochę inny i prawdą jest, że nie każda dieta czy nawet sposób leczenia sprawdzą się u wszystkich równie dobrze, jednak każdy organizm ludzki pracuje według tych samych zasad i wiara w to, że wyżej opisane przewinienia zawsze będą uchodzić Ci płazem to mocno życzeniowe myślenie. Trzeba wziąć też pod uwagę, że kiedyś było łatwiej, a raczej organizm potrafił dłużej radzić sobie z naszymi wybrykami. Żyliśmy w czystszym środowisku, oddychaliśmy lepszym powietrzem, w jedzeniu jak i w otaczającej nas codzienności było zdecydowanie mniej chemii. Obecnie od maleńkości nasz organizm bombardowany jest wszechobecnymi truciznami i toksynami, a nieustanna walka z nimi bardzo mocno wpływa na jego kondycję oraz możliwości. Dużo szybciej dochodzi do zaburzeń zachodzących w nim procesów i chorób, które są ich konsekwencjami, dlatego powinniśmy o siebie dbać dużo bardziej niż musiały to robić wcześniejsze pokolenia.

Dodaj komentarz