Moim zdaniem, Zdrowie

Szlachetne zdrowie…

…nikt się nie dowie, jako smakujesz, aż się zepsujesz. Tymi słowy niegdyś wychwalał zdrowie w jednej ze swoich fraszek Jan Kochanowski. Niby wszyscy doskonale zdają sobie sprawę, że bez zdrowia wszystko inne znacząco traci swoją wartość, ale Ci sami wszyscy (no dobra może nie wszyscy, ale zdecydowana większość) jakoś niespecjalnie na nie uwagę zwracają. Oczywiście wszystko do czasu kiedy coś zacznie szwankować, chociaż i to nie zawsze jest wystarczającym bodźcem aby o swoje zdrowie zadbać z należytą starannością.

Tematyka zdrowia jest mi bliska w zasadzie od zawsze, a dbałość o jego jak najlepszą kondycje czymś ważnym i zupełnie naturalnym. Jest dla mnie również czymś oczywistym, że troska o mój organizm, to wyraz szacunku dla samej siebie. Musimy pamiętać też, że zdrowie to nie tylko nasze ciało. Ma ono bezpośredni wpływ także na nasze samopoczucie i kondycją psychiczną. Jego brak zaburza życiową harmonię i równowagę, dlatego bez względu na to jak wygląda lista Waszych życiowych priorytetów, zdrowie zdecydowanie powinno znaleźć się na jej szczycie.

Jako że jest to strefa moich zainteresowań, na blogu pojawiły się już i na pewno pojawiać się będą treści o charakterze mniej lub bardziej prozdrowotnym. W związku z tym, że mam czasami nieco niekonwencjonalne podejście do zdrowia, a moje poglądy w niektórych kwestiach stawiają mnie w opozycji do współczesnej medycyny, uznałam, że powinien pojawić się wpis, który moje podejście będzie wyjaśniał zanim na blogu będą pojawiać się kolejne wpisy związane z tą tematyką. Na początku chciałabym aby była jasność – nie jestem przeciwnikiem medycy. Uważam, że zwłaszcza w ostatnich latach, zrobiła ogromny postęp i nie jesteśmy w stanie bez niej i bez wiedzy lekarzy funkcjonować, ale jestem rozdarta, ponieważ do tych samych lekarzy mam też bardzo wiele zastrzeżeń… Miały na to wpływ m.in.  moje osobiste doświadczenia z ludźmi w kitlach. Kilkanaście lat temu w trakcie badania kardiologicznego usłyszałam, że brakuje mi fragmentu mięśnia sercowego. Zostałam jednak zapewniona, że nie mam się martwić, tylko przyjść na prywatną wizytę, bo w swoim gabinecie pan doktor ma lepszy sprzęt i być może da się to jakoś wyjaśnić. Byłam tak przestraszona, że na prywatną wizytę pognałam czym prędzej, ale do innego lekarza – wszystko było w porządku. Potwierdziły to również badania wykonywane w późniejszych latach. Jakiś czas temu przeszłam operację. Zanim trafiłam pod nóż, a diagnoza nie była jeszcze postawiona (bo nikomu nie chciało się mnie zbadać, a wystarczyło zwykłe USG) trafiłam m.in. na SOR, gdzie od lekarza usłyszałam, że następnym razem mam łyknąć No-Spę, a nie im głowę zawracać zwykłym bólem brzucha… Przyczynę w końcu znaleziono, ale żaden lekarz oprócz ogromnego zdziwienia (nie spełniałam żadnego z kryteriów mogących usprawiedliwiać taki stan chorobowy) i stwierdzenia, że konieczna jest operacja, nie zadał sobie nawet odrobiny trudu, aby ten stan rzeczy wyjaśnić i znaleźć powód jego wystąpienia. Na zabieg mnie namawiali, ponieważ w ich ocenie taki stan poważnie zagrażał mojemu zdrowiu. Operacji się poddałam, chociaż przyznam szczerze, że uważam tę decyzję za błędną i dzisiaj nie zgodziłabym się, tzn. na pewno nie tak od razu, nie bez podjęcia próby samodzielnej walki o własne zdrowie. Niestety wtedy wiedziałam jeszcze za mało, a medycyna oficjalnie nie widziała innego wyjścia. Przez jakiś czas borykałam się z problemami skórnymi. Zaniepokojona trafiłam do dermatologa. Lekarka stwierdziła: nie wiem co Pani jest, ale przepiszę sterydy. Już wtedy nie miałam o nich najlepszego zdania, ale zaufałam w 100% lekarzowi (i to był mój ostatni raz ostatni, kiedy bezkrytycznie zawierzyłam lekarskiej opinii). Sterydy bardzo szybko poprawiły stan mojej skóry, ale tylko na czas ich stosowania. Po odstawieniu problem wrócił i to ze zdwojoną siłą… Ostatecznie przyczynę zdiagnozowałam sama i wyleczyłam się również sama bez konieczności stosowania silnych leków czy preparatów. Przy okazji leczenia alergii pokarmowych nakazano mi suplementować witaminę D3 obowiązkowo w towarzystwie witaminy K2. Inny lekarz, do którego trafiłam dwa dni później stwierdził, że K2 to wymysł marketingowy i nie jest nam do niczego potrzebna. I kogo powinnam słuchać? Nie chcę demonizować, wrzucać wszystkich medyków do jednego worka itd., ale nie potrafię już w pełni zaufać lekarzowi. Dotyczy to zarówno postawionej diagnozy jak i sposobu leczenia. I to nie tak, że informacje usłyszane od lekarzy z góry traktuję jako nieprawdziwe, ale nie chcę zastanawiać się czy tym razem mają rację czy też nie. Wszystko co od nich usłyszę przyjmuję do wiadomości, ale przepuszczam przez filtr wiedzy, którą już posiadam i weryfikuję, a jeśli w danym zakresie moja wiedza jest niewystarczająca staram się ją uzupełnić. Zdaję sobie sprawę, że nie tak to powinno wyglądać, że lekarz powinien być zawodem społecznego zaufania, a pacjenci powinni korzystać z ich wiedzy, a nie informacji znalezionych m.in. w internecie, ale niestety ja już tak nie potrafię.

Oprócz tych kilku mało udanych kontaktów ze środowiskiem medycznym istnieją jeszcze inne aspekty, które stawiają mnie czasem (albo trochę częściej niż czasem) po przeciwnej stronie barykady. Jestem pełna szacunku do wysiłku jaki musieli włożyć w zdobycie wykształcenia i ich doświadczenia, ale często nie potrafię oprzeć się wrażeniu, że lekarze mniej lub bardziej świadomie są marionetkami w rękach koncernów farmaceutycznych. Wkurza mnie strasznie, że na wszystko jest odpowiednia tabletka, że bagatelizuje się rolę podstawowych składników odżywczych na rzecz substancji chemicznych, że naszym organizmom się nie pomaga prowokując do samodzielnej walki tylko się je wyręcza farmaceutykami jednocześnie coraz bardziej upośledzając ich naturalne zdolności do samoleczenia, że walczy się tylko z objawami w nosie mając prawdziwe przyczyny stanu chorobowego, że pacjentów się leczy, ale nie próbuje wyleczyć skazując ich niejako na tkwienie w chorobach przewlekłych i zażywanie leków do końca życia, że długie listy skutków ubocznych są nieważne w obliczu „cudu” jaki może zdziałać tabletka. To wszystko mnie naprawdę niesamowicie wkurza. Prawda jest taka, że wielu stanów chorobowych można uniknąć. W wielu sytuacjach organizm poradzi sobie sam albo z pomocą przyjdą nam naturalne substancje. Bardzo często zmiana nawyków, trybu życia i sposobu odżywiania może okazać się wystarczającym lekarstwem na wiele dolegliwości, ale o tym dowiecie się dopiero kiedy sami tej wiedzy zaczniecie szukać. Poza tym na to nie można wypisać recepty i właśnie tu zaczyna się konflikt interesów ze środowiskiem medycznym. Drugą sprawą jest fakt, że wielu ludzi w obliczu konieczności wprowadzenia trwałych zmian w swoim życiu nigdy się tego nie podejmie, bo jak żyć np. bez papierosów, cukru i przetworzonego jedzenia? Lepiej zażyć tabletkę i wyciszyć dokuczliwe objawy. Przerażające jest, że łykamy wszystkiego na potęgę i lekarze nawet specjalnie nie muszą nas do tego zachęcać (Polacy są w czołówce rankingów dotyczących ilości spożywanych leków). Na szczęście (jeszcze) każdy ma wybór i może samodzielnie decydować o sobie. Także o tym co lub czego nie zażywa.

Istnieją tysiące badań dotyczących naszego zdrowia. Medycyna wyniki niektórych z nich traktuje jako te właściwe, z niektórymi się nie zgadza, niektórych wydaje się nie zauważać, a jeszcze niektórych istnienia wolałaby nigdy nie odnotować. Tak jak lekarze wybiórczo uznają badania i opinie naukowych autorytetów, tak ja daję sobie prawo do własnej oceny słuszności różnego rodzaju informacji, zwłaszcza że o zmanierowaniu środowiska medycznego mówią nawet oni sami: „Zawód lekarza został wykupiony przez przemysł farmaceutyczny, nie tylko w zakresie praktyki medycznej, ale także w zakresie kształcenia i badań. Instytucje akademickie pozwalają sobie być odpłatnymi agenturami dla przemysłu farmaceutycznego. Uważam to za haniebne.” – Arnold Seymour Relman (1923-2014), profesor medycyny Uniwersytetu Harvarda i były redaktor naczelny czasopisma New England Medical Journal. Nie zamierzam nikogo przeciwko lekarzom nastawiać i nawoływać do wyłącznego korzystania z alternatyw i mniej konwencjonalnych metod. Sama w razie konieczności do lekarzy chodzę i nawet odwiedzam aptekę (chociaż zazwyczaj nie w celu, w którym wysłał mnie do niej lekarz). Punkt widzenia lekarza jest dla mnie zawsze jakimś punktem zaczepienia, a że nasze poglądy na dany temat bywają nieco odmienne, to już inna sprawa. W związku z tym, że żaden lekarz odpowiedzialności za moje zdrowie ani za konsekwencje podjętego leczenie nie weźmie, że nie ma procedur mogących taką odpowiedzialnością lekarza obarczyć (tzn. jakieś tam są, ale mają zastosowanie w nielicznych przypadkach), to odpowiedzialność za swoje zdrowie wzięłam w swoje ręce, zwłaszcza że to w jakiej kondycji zdrowotnej jest nasze ciało ZAWSZE w pierwszej kolejności zależy od nas samych.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *