Zdrowie

4 powody dla których warto ograniczyć jedzenie mięsa

Coraz częściej słyszy się o kuchni wegańskiej czy wegetariańskiej, a ludzi którzy rezygnują z jedzenia mięsa jest coraz więcej. Nie wnikam jakimi pobudkami kierują się podejmując taką decyzję – czy robią to dla siebie, zwierząt, czy może środowiska. Nie zamierzam również nikogo namawiać do pójścia w ich ślady ani przyjmować moralizatorskiej retoryki próbując przemówić do czyjegokolwiek sumienia. Nie moją sprawą jest co ląduje na cudzym talerzu. Jednak jakiś czas temu znacznie zredukowałam ilość spożywanego mięsa z ogromną korzyścią dla własnego zdrowia, dlatego chciałabym przedstawić kilka argumentów przemawiających za słusznością takiej decyzji.

1. Hormony, antybiotyki i sterydy

Krowy zabijane są zazwyczaj w okolicach 1 roku życia, świnie wysyła się na rzeź po upływie po ok. 6 miesięcy, a kury po 6 tygodniach. Aby tak wczesny ubój był możliwy zwierzęta karmione są całą masą hormonów, antybiotyków i sterydów w postaci różnego rodzaju pasz i leków weterynaryjnych. Dodatkowo wiele lekarstw podaje się „profilaktycznie”, a nie dlatego że wymaga tego faktyczna kondycja zdrowotna. Ludzie chcą mieć dużo i tanio, dlatego hodowla przemysłowa praktycznie wyparła chów tradycyjny. Hodowla zwierząt (chociaż bardziej pasującym określeniem byłaby produkcja mięsa) na skalę przemysłową realizuje potrzeby rynku. Nasze potrzeby. Nie zapominajmy również, że to jest biznes, który ma się opłacać, dlatego jak najszybszy wzrost zwierząt jest sprawą priorytetową. Natura nie potrafi sprostać tempu, który narzucił jej człowiek, a warunki hodowlane (brak naturalnego światła, świeżego powietrza, bardzo mało miejsca itd.) są trudne dla zwierząt, więc aby przyspieszyć wzrost i ograniczyć ich umieralność do gry wkroczyły hormony, antybiotyki i sterydy, a także modyfikacje genetyczne. Aby uzmysłowić Wam skalę problemu, zobaczcie jak sytuacja stosowania antybiotyków wg NIK kształtuje się w Polsce:

Skala stosowania antybiotyków w produkcji zwierzęcej w Polsce nie jest dokładnie znana. Zapewnieniom hodowców o niestosowaniu antybiotyków przeczą oficjalne dane nt. sprzedaży leków weterynaryjnych. Wynika z nich, że tylko w ciągu pięciu lat (2011-2015) w Polsce sprzedaż antybiotyków weterynaryjnych wzrosła o 23 proc., a Polska jest w czołówce państw w Europie pod względem zużycia antybiotyków w hodowlach zwierząt.

(…) stosowanie antybiotyków w hodowlach zwierząt (zarówno świń jak i drobiu) uzasadniano względami leczniczymi. Jednak w ocenie NIK, wskutek niedomagań w sprawowaniu nadzoru, rzetelne ustalenie faktycznych przyczyn stosowania antybiotyków w hodowli zwierząt nie było możliwe. (…) zgodnie z ustaleniami kontroli NIK do przyczyn powszechnego stosowania antybiotyków w produkcji zwierzęcej należy zaliczyć nie tylko względy lecznicze, ale również niezgodne z prawem podawanie antybiotyków w celach pozaleczniczych”. Dane te pochodzą z raportu podsumowującego kontrolę przeprowadzoną w województwie lubuskim dotyczącą stosowania antybiotyków w hodowli zwierząt (link do źródła).

Te wszystkie hodowlane wspomagacze występują w mięsie, które ląduje na naszym talerzu. Powinniśmy być zatem świadomi, że z każdym zjedzonym kawałkiem serwujemy sobie ten chemiczny koktajl, który nie pozostaje obojętny dla ludzkiego organizmu.

2. Wypełniacze, wzmacniacze smaku i konserwanty

Zostawmy na chwilę jakość surowego mięsa i przejdźmy do wyrobów mięsnych, ponieważ zajmują wysoką pozycję na liście kulinarnych upodobań większości z nas. Szyneczki, boczki, kiełbaski, paróweczki… Większość osób nie wyobraża sobie bez nich życia. A patrzyliście kiedyś na etykiety produktów, które lądują w waszych koszykach? Sięgając po mięsne wyroby i spoglądając na ich skład można się przerazić ile substancji dodatkowych producent potrafi do takich produktów wcisnąć. Dlaczego w ogóle te wszystkie substancje w produktach mięsnych lądują? Wyroby mięsne są grupą produktów, które bardzo łatwo ulegają zepsuciu, dlatego producenci faszerują je konserwantami, a aby poprawić ich wygląd i walory smakowe dodawane są wypełniacze i wzmacniacze smaku. Co zatem w takiej szynce czy kiełbasie możemy znaleźć? Substancje zwiększające objętość mięsa, substancje bakteriobójcze i grzybobójcze, azotyny, azotany, fosforany, cytryniany, sorbiniany, octany, mleczany, glutaminian sodu, emulgatory i tę listę w zasadzie ogranicza tylko pomysłowość producenta. Oczywiście chodzi o obniżenie kosztów produkcji i zwiększenie sprzedaży, czyli o zysk jednym słowem. Wszystkie te chemiczne substancje w mniejszym lub większym stopniu są szkodliwe, a wiele z nich jest określana mianem „potencjalnie rakotwórcze”, ale zdrowiem konsumenta nikt się nie przejmuje. Rozbawiła mnie wypowiedź prezesa zarządu dość znanych zakładów mięsnych, która bardzo dokładnie oddaje stosunek producentów do jakości produktów jakie wypuszczają na rynek: „Branża mięsna obecnie nie należy do czołówki innowacyjnej, ale myślę, że nadejdą niebawem bardzo duże zmiany, szczególnie w samych produktach. Będziemy musieli poprawiać mięsność i oczywiście nadal „czyścić” etykiety, czyli eliminować z nich niektóre składniki”. Wiecie z czego te zmiany wynikają? Z coraz liczniejszych kontroli i wzrastającej świadomości konsumenckiej. Gdyby nie to, nikt by nawet nie pomyślał o tym aby cokolwiek zmieniać w jakości produktów. W konsekwencji na rynku pojawia się coraz więcej wyrobów bez chemicznych dodatków z teoretycznie „czystymi” etykietami. Piszę teoretycznie, bo z uczciwością producentów bywa różnie, co udowodniła już niejedna kontrola.

3. Nie jesteśmy mięsożercami

Załóżmy, że mamy dostęp do tradycyjnie chowanych zwierząt i naturalnych wyrobów mięsnych pozbawionych tego całego świństwa, które w dzisiejszym mięsie się znajduje. Pomimo jego dobrej jakości musimy jednak pamiętać, że daleko nam do typowego mięsożercy. Nie jesteśmy w stanie zrobić tego wszystkiego co każdy mięsożerca robi naturalnie, tzn. przegryźć zwierzęcą skórę i wyszarpać mięso, ponieważ nie posiadamy odpowiednich zębów, szczęk i mięśni żuchwy, a w dodatku nasze usta nie otwierają się na tyle szeroko abyśmy mogli bezproblemowo sprostać temu zadaniu. Zwrócić uwagę należy również na fakt, że człowiek bez mięsa przeżyje, a dla mięsożercy jego brak oznacza śmierć. Cieknie Wam ślinka na widok świeżej karkówki albo macie ochotę rzucić się surowego kurczaka? Nie sądzę :) Widok surowego mięsa nie jest dla człowieka apetyczny, a widok martwej i ćwiartowanej świni czy krowy dla sporej grupy jest wręcz odrażający. Mięso jest dla nas jadalne i smaczne tylko po odpowiednim przygotowaniu, np. po obróbce termicznej lub wędzeniu i przyprawieniu. W surowej postaci nie jest dla nas w żaden sposób atrakcyjne. Nawet miłośnicy tatara bez dodatków i przypraw samą surową wołowiną zajadać się na pewno nie będą. Nie jesteśmy mięsożercami, to fakt, ale prawdą również jest to, że w naszym organizmie znajdują się enzymy trawiące zarówno białka roślinne jak i te zwierzęce. Nie zamierzam wyrokować czy obecność tych drugich jest stanem pierwotnym czy też wynikiem ewolucji na skutek sukcesywnego wprowadzania mięsa do ludzkiej diety, ale należy przyznać, że do spożywania mięsa w pewnym stopniu jesteśmy przystosowani. Dlaczego napisałam w pewnym? Bo sama obecność enzymów to nie wszystko. Mięsożercy mają kilkukrotnie silniejsze soki żołądkowe niż człowiek. Dzięki nim proces trawienia mięsa przebiega sprawnie i szybko, a wszystkie powstające przy okazji szkodliwe substancje wydalane są z organizmu dużo szybciej niż w naszym przypadku. Długość ich jelit (znacznie krótsze niż u człowieka) i prędkość trawienia praktycznie wykluczają jakiekolwiek zaleganie pokarmu w układzie trawiennym, co niestety bardzo często jest ludzką przypadłością (co prawda mięso nie jest jedynym winowajcą takiego stanu rzeczy, ale bardzo mocno się do tego przyczynia).

4. Jesteśmy przejedzeni mięsem 

Przyjmijmy, że jesteśmy wszystkożerni i obecność mięsa w naszej diecie w jakimś stopniu jest uzasadniona. Tylko dlaczego zjadamy go aż tyle? Śniadanie mięso, obiad mięso, kolacja mięso, często pomiędzy głównymi posiłkami również mięso. Większość ludzi nie wyobraża sobie bezmięsnego posiłku, dlatego jemy je często i w dużych ilościach. Jaki jest tego skutek? Według różnych źródeł statystyczny Polak w roku 2017 spożył ponad 70 kg mięsa (niektóre z nich mówią nawet o 78,5 kg!). To dużo. Nawet bardzo dużo. Według dietetyków tygodniowe spożycie mięsa powinno wynosić ok. 500-750 g. Zakładając, że mięso spożywane jest codziennie (a tak zazwyczaj jest), to jest to zaledwie ok. 90 g mięsa na dzień, a ten wcześniej wspomniany statystyczny Polak spożywa go ponad dwa razy tyle… Spróbuję Wam uzmysłowić jak małą porcją jest te 90 g mięsa: 2 cienkie parówki – ok. 100 g, 1 kiełbasa śląska – ok. 110 g, 1 plasterek szynki – ok. 10-20 g, 1 podudzie kurczaka – ok. 90 g, 0,5 fileta z kurczaka – ok. 125 g, plaster schabu (na kotlet) – ok. 75 g. Niedużo prawda? Teraz możecie zastanowić się jak dużo mięsa jest w Waszej codziennej diecie i jak często zdarza się Wam być „lepszym” od tego statystycznego Polaka (wystarczy typowy polski grill aby każdemu jego osobiste statystyki poszły mocno w górę ;)). Zastanawiacie się pewnie skąd ci żywieniowi specjaliści wytrzasnęli tak niską wartość naszego zapotrzebowania na mięso, przecież człowiek potrzebuje białka. Już wyjaśniam. Po pierwsze mięso nie jest jedynym źródłem białka i w dobrze zbilansowanej diecie białko nie musi pochodzić tylko z mięsa. Po drugie pod uwagę wzięte jest to, co opisałam w punkcie 1 i 2, czyli fatalna jakość dostępnego mięsa na rynku i bezpośredni wpływ tego całego dziadostwa w nim zawartego na nasze zdrowie. Po trzecie – trawienie mięsa (białka i tłuszczu zwierzęcego), czyli wracamy do punktu 3. Wspomniałam w nim o zaleganiu jedzenia w układzie trawiennym i teraz wyjaśnię jaką rolę odgrywa tu mięso. Nasz żołądek do strawienie białka (także roślinnego) i tłuszczy potrzebuje wielu godzin, tj. ryba ok. 1h, mięso drobiowe ok. 2h, mięso wołowe ok. 3-5h, mięso wieprzowe 5-6h, tłuszczy 7-8h (np. boczek, smalec). Jest to czas zalegania jedzenia w żołądku. Dla porównania: owoce i zielenina (czyli zielone liście jak szpinak, jarmuż, kapusta, sałata itp.) ok. 20-40 min, warzywa ok. 40 min, warzywa skrobiowe (np. ziemniaki) ok. 60 min, warzywa strączkowe (podobnie jak mięso mają duża zawartość białka) ok. 4-5 h, a węglowodany (np. ryż, kasza) ok. 1,5h. Podane czasy są orientacyjne, a rzeczywista długość będzie zależeć od ilości spożytego pokarmu oraz sposobu przyrządzenia (np. im więcej tłuszczu tym trawienie w żołądku będzie przebiegać dłużej). Mamy tendencję do spożywania wieloskładnikowych posiłków. Nasz organizm potrafi trawić w zasadzie każdy rodzaj pokarmu za pomocą odpowiednich enzymów, ale w momencie kiedy podajemy mu wszystko w jednym posiłku wydzielenie ich wszystkich na raz jest praktycznie niemożliwe. Białko potrzebuje kwaśnego środowiska trawiennego, a skrobia zasadowego, więc spożywanie ich razem powoduje wzajemną neutralizację wydzielanych soków żołądkowych i zaburzenia prawidłowego trawienia – białko zaczyna gnić, a skrobia fermentować co prowadzi do wytwarzania się szkodliwych substancji i wzrostu pH krwi (jeśli kiedyś słyszeliście o niełączeniu schabowego z ziemniakami, to teraz już wiecie dlaczego). Dopóki mięso nie opuści naszego żołądka także trawienie węglowodanów, które dostarczymy z kolejnymi posiłkami nie odbędzie się prawidłowo. Widzicie już do czego zmierzam? Spożywając duże ilości mięsa, do tego codziennie i praktycznie w każdym posiłku nasz organizm będzie wiecznie nim „zajęty”, przez co pozbawiamy się niemal całkowicie możliwości prawidłowego trawienia, co niesie ze sobą wiele negatywnych dla naszego zdrowia konsekwencji. Gazy, wzdęcia, uczucie ciężkości i przejedzenia, senność i zmęczenie po jedzeniu, to tylko „niewinne” symptomy, że coś jest nie tak (ich brak wcale nie musi oznaczać, że wszystko jest w porządku). Taki długotrwały stan (a nie oszukujmy się – jemy jak jemy i dotyczy to nas wszystkich) bardzo mocno wpływa na kondycję naszego żołądka, trzustki, wątroby i pęcherzyka żółciowego, które w którymś momencie po prostu przestaną prawidłowo funkcjonować. Źle strawiony pokarm bardzo często zaczyna zalegać w jelitach, co jest jedną z przyczyn ich nieszczelności. Wraz z nią pojawiają się nietolerancje pokarmowe, choroby autoimmunologiczne, niedobory witamin i minerałów… I tak zaczyna się samo nakręcająca się spirala różnych chorób i dolegliwości, których prawdziwym źródłem jest źle funkcjonujący układ trawienny. Niestety bardzo mało prawdopodobne jest abyście przychodząc do lekarza z dolegliwością bezpośrednio z trawieniem niezwiązaną usłyszeli od niego, że od uzdrowienia układu trawiennego trzeba najpierw zacząć.

Skoro szkodliwość mięsa dla naszego zdrowia jest tak duża, to dlaczego nie próbuję krzewić idei wegetarianizmu czy weganizmu? Po pierwsze sama jem mięso, a po drugie nie mam do końca przekonania, że dieta całkowicie bezmięsna jest bezwzględnie najlepszym opcją w każdym przypadku. Z moralnego punktu widzenia bardzo chętnie nie jadłabym mięsa w ogóle, bo przemysłowy chów zwierząt wpisuję na listę licznych zbrodni jakich dopuścił się człowiek, ale biorąc pod uwagę funkcjonowanie mojego organizmu nie jestem pewna czy całkowite pozbycie się mięsa z diety wyszłoby mi na dobre. Bardzo szybki metabolizm powoduje, że całe życie mam niedowagę lub balansuję na jej granicy. Aby nie pogłębiać tego stanu, mieć odpowiednią ilość energii oraz aby było mi po prostu ciepło muszę sporo jeść, aby dostarczyć dużo wartościowych kalorii do organizmu. Warzywa i owoce uwielbiam i jem ich bardzo dużo, ale ich niska kaloryczność dla mojego ciała jest wadą a nie zaletą. Przy takim zapotrzebowaniu organizmu na kalorie mięso wydawało mi się zawsze oczywistym wyborem i nigdy nie przypuszczałam, że uda mi się ograniczyć jego spożycie. A jednak się udało :) Początkowo to był tylko eksperyment. Z czystej ciekawości zrezygnowałam z jedzenia mięsa i produktów odzwierzęcych w piątki aby sprawdzić czy dam radę. Początki nie były łatwe, bo akurat wtedy zawsze miałam na nie ochotę (osoby, które ze względów religijnych poszczą w piątki na pewno wiedzą o co mi chodzi ;)). Nie wynikało to jednak z faktycznej potrzeby mojego organizmu, ale przyzwyczajony do mięsa umysł próbował mnie oszukać i podpowiadać coś zupełnie innego. Po kilku tygodniach było już wszystko ok. Kiedy okazało się, że na kilka miesięcy muszę przejść na dietę eliminacyjno-rotacyjną zupełnie naturalnie wyszło, że mięso przestałam jeść również we wtorki – po prostu było mi tak wygodniej planować posiłki. Kiedy skończyłam dietę kierowana sygnałami jakie wysyłał mi mój organizmu do wtorku i piątku dołączył także czwartek i tak jest po dziś dzień. Oprócz tych mięsnych ograniczeń w mojej diecie praktycznie nie ma przetworzonej żywności (z małymi wyjątkami – jestem tylko człowiekiem ;)), ryb i nabiału, a jajka spożywam 1-2 razy w miesiącu (nie spożywam również soi – naturalnego „zamiennika” mięsa dla wielu wegan i wegetarian), dlatego gdybym odstawiła całkowicie mięso, najzwyczajniej w świecie brakowałoby mi odpowiedniej ilości wartościowych kalorii. W tej chwili tygodniowo spożywam 700-750 g mięsa, ale jeśli tylko mój organizm wyrazi taką gotowość, to tę ilość będę sukcesywnie zmniejszać. Czy kiedyś zrezygnuję z niego całkowicie? Być może.

Jak widzicie wszystko jest do zrobienia, nawet w przypadku osób, które muszą dużo jeść. Nie jestem ani głodna (chociaż na początku różnie z tym bywało) ani niedożywiona. Coraz rzadziej mam nieodpartą ochotę na mięso i coraz rzadziej mięso jest moim pierwszym wyborem, za to coraz częściej zdarza mi się, że mnie od niego wręcz odrzuca. Staram się nie kupować mięsa z wielkich przemysłowych hodowli, a wyroby mięsne wybieram z „czystymi” etykietami lub przyrządzam je sama (np. pieczony filet z indyka), ale nawet nie próbuję się oszukiwać, że mięso, które zjadam jest całkowicie pozbawione chemii. Robiąc sobie wolne od mięsa mój układ trawienny ma czas aby odpocząć (stosuję także post przerywany, ale to temat na osobny wpis), a ciało zamiast skupiać się na nieustannym trawieniu i walce ze szkodliwymi substancjami powstającymi w jego wyniku ma czas i energię aby zająć się regeneracją i samoleczeniem, co widać chociażby po zwiększonej ilości sił witalnych i dużo lepszym samopoczuciu. Nie jestem mistrzynią niełączenia białka z węglowodanami (niektóre przyzwyczajenia trochę trudniej zmienić), ale moje jelita są wyraźnie szczęśliwsze, a brak dolegliwości z ich strony to ogromny komfort na co dzień. Bardzo sobie chwalę wprowadzenie tych zmian w swoim życiu. Dni bez mięsa stały się dla mnie całkowicie naturalne, a bezmięsne posiłki nie stanowią żadnego wyrzeczenia nawet, jeśli ktoś obok zajada się aromatycznym kawałkiem mięsa.

EDIT 12.06.2018: chyba sama zainspirowałam się własnym tekstem, ponieważ do bezmięsnych dni właśnie dołączył poniedziałek :)

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *